Waste Busters
Waste Busters

Wywiady

Wywiady

Mięso komórkowe czy robaki? Co jest alternatywą dla tradycyjnych hodowli zwierząt. Rozmowa z Romualdem Zabielskim, profesorem zwyczajnym SGGW i naukowcem PAN (cz.2).


Bardzo łatwo jest ulec manipulacji, czyli greenwashingowi, jeśli oferuje się nam produkt, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć. I tak jest w przypadku mięsa komórkowego. Bazujemy na tym, co przekazują nam sami producenci. A ci zasłaniając się patentami, nie mówią nam wszystkiego. Co przed nami ukrywali ujawnia Romuald Zabielski, profesor zwyczajny na wydziale weterynarii Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) oraz członek korespondent Polskiej Akademii Nauk, mój rozmówca. Z rozmowy dowiecie się również, jakie zalety mają hodowle jadalnych robaczków oraz czy wielkoformatowe rolnictwo może być przyjazne środowisku.

Zapraszam Was do przeczytania również pierwszej części naszej rozmowy, która dotyczyła naszych działań na rzecz bioróżnorodności.

Mięso in vitro, gdyby się przyjęło, byłoby najbardziej przetworzonym produktem spożywczym w świecie

Czytam na stronach startupów, że będziemy mieć niedługo zdrowe, czyste mięso bez antybiotyków, do którego produkcji musimy jedynie pobrać krew zwierzęciu, mięso komórkowe. Co Pan o tym mięsie sądzi?

Poza białkiem zwierzęcych komórek mięśniowych, w tym „sztucznym mięsie” nie ma nic co normalnie znajduje się w prawdziwym mięsie, jest to szalenie niedoborowy pokarm. Warto dodać, że komórki mięśniowe z hodowli in vitro mają też inny skład ilościowy i jakościowy niż komórki mięśni zwierząt gospodarskich.

Jednak wielu naukowców klimatycznych pokłada w tej branży duże nadzieje. Odejście od hodowli tradycyjnych jawi się tu jako wspaniałe rozwiązanie. 40% naszych upraw idzie na pasze. 

Do produkcji mięsa komórkowego potrzebujemy za to masę czystej wody, nie mam tu na myśli czystości „wody z kranu”, ale wysoką czystość chemiczną i biologiczną podobną do wody używanej do badań na hodowlach komórkowych in vitro: zero bakterii, wirusów, grzybów, zero składników organicznych czy mineralnych, po prostu H2O i nic więcej. Uzyskanie takiej wody jest stosunkowo proste, ale kosztuje wiele materiałów i energii elektrycznej. Woda ta jest niezbędna m.in. do produkcji pożywek w których będą rosły hodowane komórki. Poza tym te namnażające się komórki nie mają układu immunologicznego, który posiadają żyjące zwierzęta. Krowa może napić się wody z sadzawki, a tu wszystko musi być wysoko oczyszczone. Jeśli wejdą do hodowli komórkowej wirusy, mykoplazmy, czy jakiekolwiek drobnoustroje to całą fabrykę szlag trafi. Poza wodą, której trzeba mniej więcej niż przy produkcji krów mięsnych (w produkcji drobiu czy trzody chlewnej zużywa się o wiele mniej wody), potrzebna też baaardzo dużo energii elektrycznej oraz wysokooczyszczonych surowców do wytwarzania mediów, w których komórki będą hodowane. No i oczywiście bardzo dużo środków do dezynfekcji, środków fizycznych i chemicznych (np. detergentów). A odnośnie tych 40% upraw na pasze. Z każdego hektara pszenicy zbieramy średnio 4,5 tony, ale tylko część jej nadaje się na mąkę, powiedzmy około 70%. A co z resztą? Spalić i wyrzucić? Ta pozostała część jest wykorzystywana na pasze. Podobnie z innymi zbożami. Podobnie z odpadami np. z przemysłu olejarskiego, cukrowniczego i browarniczego, które chętnie zagospodarowuje hodowla zwierząt jako cenny dodatek do pasz. Poza łąkami i pastwiskami, stosunkowo nieduża część areału jest przeznaczana wyłącznie na produkcję pasz.

Porównuje się produkcję mięsa komórkowego do wołowego.

To najczęstsze porównanie, bo tu można się bardziej popisać. Hodowla krów mięsnych jest bardzo wymagająca, jeśli chodzi o rozległość łąk i pastwisk, zużycie wody oraz produkuje najwięcej gazów przyczyniających się do ocieplania klimatu (głównie dwutlenku węgla i metanu). Natomiast jeśli chodzi o hodowlę drobiu i świń to one są dużo bardziej oszczędne, jeśli chodzi o zużycie wody, energii elektrycznej i emisje metanu. Startupy singapurskie hodowały sztuczne mięso z komórek mięśniowych kury, ale dane dotyczące emisji gazów i wody porównywały z tymi pochodzącymi z produkcji mięsa wołowego. Czy to jest fair?

Greenwashing po bandzie.

Co więcej, przy takiej produkcji trzeba sterylizować wszystkie substraty podawane komórkom, trzeba utrzymywać w biologicznej czystości media, czyli pożywkę, w której te komórki rosną i często tę pożywkę zmieniać, bo komórki rosnąc wydalają wszystkie szkodliwe produkty przemian metabolicznych do pożywki. Powstaje przy tym masa odpadów, które trzeba zutylizować. Ja patrzę na produkcję mięsa komórkowego holistycznie, tak też patrzymy w ramach projektu Europejskiego Stowarzyszenia Akademii Nauk (EASAC). Jesteśmy właśnie w trakcie przygotowania raportu na temat mięsa in vitro

Czy oznacza to, że firmy ukrywały prawdę.

Tak, robiono to zasłaniając się tajemnicą patentową. Na świecie jest kilka laboratoriów, które hodują komórki in vitro całkowicie bez użycia antybiotyków. Reszta do regulowania niechcianych mikroorganizmów musi ich używać (najczęściej używa się penicyliny i streptomycyny i gentamycyny i to w końskich dawkach). Nie bardzo wiem, jak oni chcą to zrobić, aby obejść się bez antybiotyków. To znaczy wiem, że można ale z użyciem dużych ilości środków chemicznych i fizycznych, co wymaga wiele energii elektrycznej, obciąża środowisko i sporo kosztuje. Antybiotyki działają na bakterie. A mamy jeszcze wirusy, niezwykle łatwe do przeniesienia do hodowli in vitro z zewnątrz. Przeciwdziałanie zainfekowaniu hodowli komórkowej wirusami też jest kosztowne.

Czym jest to medium, w którym rozwijają się komórki mające w rezultacie zamienić się w stek?

Prof. Mark Prost w swoich opisach nie ukrywał, że do wyprodukowania pożywki, na której rosły jego komórki mięśniowe potrzebował 2-procentowej surowicy płodowej ale nie podał tego, że aby tę surowicę pozyskać do wyprodukowania in vitro komórek na jednego hamburgera musiało być użytych pomiędzy 100 a 300 płodów bydlęcych. Wynik ten aproksymowaliśmy ze szczątków informacji medialnych. Wyliczyliśmy, ile trzeba zużyć pożywki na uzyskanie 1 grama mięsa in vitro, jaki udział w medium ma ta 2-procentowa surowica, ile waży płód bydlęcy, i ile można z niego maksymalnie uzyskać surowicy. I z tego wszystkiego wyszła nam liczba od 100 do 300 płodów. Aby uzyskać surowicę płód trzeba zabić i pobrać od niego krew.

Widziałam reportaż w niemieckiej telewizji Deutsche Welle. Była tam mowa tylko o pobraniu krwi w celu pozyskania komórek do podziału. Nie było mowy o zabijaniu zwierząt.

Tak, jest pobierana krew, aby uzyskać komórki, które będą się różnicować w komórki mięśniowe i rozrastać. Nota bene, pobieranie tkanek, przyżyciowo albo na rzeźni, daje większą wydajność komórek przydatnych do hodowli niż z pobieranie krwi. Ale to, co Pani oglądała, to było o pobraniu komórek a nie o pobieraniu surowicy do wytworzenia pożywki. Obecnie część startupów twierdzi, że będą te pożywki robić bez dodatków surowicy płodowej ale z użyciem wyciągów z grzybów, wodorostów (np. alg), że znajdują alternatywy dla surowicy płodowej i że pożywka będzie pochodzenia całkowicie roślinnego. Ale wiadomo, że póki co roślinne zamienniki surowicy płodowej mają mniejszą skuteczność, komórki mięśniowe w nich gorzej się różnicują, gorzej rosną i sprawność tego systemu jest mniejsza. Na dzisiaj, w mojej ocenie, hodowla komórek in vitro bez udziału antybiotyków jest kosztowna i trudna. Pożywki bez surowicy odzwierzęcej (najlepiej bydlęcej) są mniej skuteczne. Trudno dyskutować o osiągnięciach drugiej strony (startupów) bo detale procesów są obwarowane patentami. 

A mamy jakieś badania na strawność takich produktów?

Nie mamy. Nie wiemy, jak mięso in vitro będzie oddziaływać na organizm. Nie ma takich badań ani z zakresu bezpieczeństwa żywności, ani wartości odżywczej, ani strawności, bo na każde z takich badań potrzeba wiele kilogramów gotowego produktu – mięsa in vitro.

Na filmach promocyjnych producentów mięsa komórkowego widzimy kawałek steka na szklanej płytce, który wyjmowany jest prostu z pięknej drukarki do mięsa.

… tak i widać ludzi w sterylnych fartuchach, maskach i rękawicach, którzy coś tam pipetami odmierzają i w końcu pojawia się tam na szklanej płytce plasterek mięsa. Tyle, że to jest najczęściej odkrojony kawałek świeżego mięsa ze sklepu. 

A to tak nie wygląda naprawdę?

Komórki mięśniowe w hodowli in vitro są szalenie niefotogeniczne. To jest żółtawa, bezkształtna i cieniutka warstwa „czegoś”. Nie wygląda to medialnie zbyt ciekawie więc biorą do filmu/zdjęcia kawałek normalnego mięsa. Jest w internecie kilka prawdziwych zdjęć sztucznego mięsa, ale się trzeba trochę naszukać. Mięso in vitro musi być podbarwione najczęściej sokiem z buraka, aby nie było żółte. Czerwone zabarwienie jest od gromadzonej miogloniny a jej stężenie jest zależne od pracy mięśnia. W komórkach z hodowli jest jej tyle co kot napłakał. Poza tym to „mięso” jest bogato opanierowane, i smak zyskuje właśnie od panierki, nierzadko i szkielet bo same komórki bez „stelaża” z tkanki łącznej przyjmują postać bezkształtnej grudki. Co jeszcze warto podkreślić, to mięso in vitro, gdyby się przyjęło, byłoby najbardziej przetworzonym produktem spożywczym w świecie. Przy nim chipsy to surówka z jarzyn. Myślę, że lepiej jest jeść normalne mięso. Ale po prostu oszczędnie. To jest najlepsza recepta. Póki co, pomysły na mięso komórkowe mnie nie przekonały ani pod względem odżywczym, ani zdrowia publicznego, ani ochrony środowiska. 

Gdzie nie spojrzeć greenwashing.

Bardzo duży, rynek startupów mięsa in vitro wart jest obecnie kilkanaście miliardów dolarów, i nadal rośnie, więc firmy mają o co walczyć i robią to różnymi sposobami. 

Hodowla insektów charakteryzuje się bardzo niskim zużyciem wody.

W ramach struktur PAN zajmujecie stanowiska w ważnych sprawach, prostujecie pewne rzeczy. Nad czym obecnie Pan pracuje, co ma związek z bioróżnorodnością?

Może wspomnę o czymś bardziej medialnym, otóż z koleżanką właśnie przygotowujemy popularny artykuł o jedzeniu robaków. Zasiano obawy przed tym, że Unia Europejska będzie nas zmuszać do jedzenia ich. Powstał tzw. hot news i my się do niego odnosimy.

I jak się Pan odnosi do jedzenia robaków?

Bardzo dobrze. Od dawna, jako ludzkość jemy robaki, robimy to od wieków. Mniej na naszym kontynencie. Ale chociażby ze Starego Testamentu wiemy, że jedzono szarańczę. W Azji i Ameryce Południowej nie jest to nic nadzwyczajnego, owady stanowią tam dość znaczny udział w zaopatrzeniu organizmu człowieka w białko, zresztą bardzo dobrej jakości. Robaki to również bardzo dobre źródło tłuszczy nienasyconych o dobrej kompozycji, pożądanym składzie chemicznym i wielu prozdrowotnych właściwościach na organizm. Polecam jedzenie robaków w szczególności osobom, które chcą się odchudzać. Owady w sproszkowanej formie można spotkać w odżywkach dla sportowców, w krajach które dopuściły ich spożycie.

Tylko kulturowo jest to dla nas obce.

UE zarejestrowała ostatnio dwa nowe jadalne gatunki, świerszcza i larwy pleśniakowca lśniącego, których mączka może być wykorzystywana w rozmaitych produktach. Tak ukryta forma ułatwia akceptację konsumenta, możemy jeść białko i tłuszcze o wysokich walorach odżywczych i nie zajmować sobie głowy wyglądem dawców tego białka. Taki proszek możemy spotkać w słodyczach, fast foodach, wypiekach. Oczywiście dodatek owadów wiąże się z obowiązkiem umieszczenia odpowiedniej informacji na etykiecie produkty spożywczego. Nie wierzę, aby białko owadów stanowiło u nas kiedykolwiek znaczący udział w diecie, co najwyżej jakiś udział dla poprawy wartości odżywczej produktu.  

Z reguły robaki kojarzą nam się ze świerszczami nabitymi na patyk.

Tak, niestety tak się kojarzą, a ludzie nie lubią tego skojarzenia. A szkoda. Jadłem w Szanghaju z patyka chrupiące, grillowane świerszcze i były bardzo smaczne. Moi koledzy z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu produkują już w Robakowie pod Poznaniem znaczne ilości insektów jako dodatek do pasz dla zwierząt gospodarskich i towarzyszących. Wraz z nowymi regulacjami europejskimi pewnie zainteresują się produkcją na cele żywieniowe, bo jak mówiłem to przecież świetne źródło białka i tłuszczu.  

Firma zajmująca się hodowlą robaków ma siedzibę w Robakowie (śmiech)?

Nomen omen. Zaczynali chyba od robaków do żywienia ryb akwariowych, a od blisko 10 lat hodują robaki z przeznaczeniem na dodatek do pasz dla zwierząt. Część hodowanych przez nich gatunków może posłużyć do produkcji np. specjalnych diet wysokobiałkowych dla sportowców czy ozdrowieńców i wyczynowych turystów.

Do 2050 r. przy tak szybko rosnącej liczbie ludzi będziemy potrzebować dwa razy więcej gruntów pod uprawy, nie możemy zostać przy tradycyjnym rolnictwie więc hodowla robaków wydaje się być dobrym kierunkiem. Jednoczenie robaczków też mamy coraz mniej, a chcemy, aby zastąpiły nam mięso. Zatem jak się ma hodowla robaków do bioróżnorodności? I skąd te robaki brać? 

Zaskoczę Panią. Tylko w Ameryce Południowej i w niektórych rejonach Azji zbiera się robaki do jedzenia jak jagody w lesie, czyli uprawiane jest zbieractwo owadów. Znakomita większość insektów zjadanych przez człowieka pochodzi z hodowli. I znowuż, pewna część jest hodowana w przydomowych, dość prosto urządzonych „fermach owadów”, w których dość łatwo o wypadek przy pracy. Część insektów może wymknąć się spod kontroli albo niespodziewanie wpaść na kontrolę do fermy z zewnątrz. My jednak w naszych rozważaniach bierzemy pod uwagę tylko insekty fermowe. Według prawa UE insekty hodowlane, ściśle określonego gatunku, są utrzymane w odpowiednim reżimie i odpowiednio odizolowane od świata zewnętrznego. Nota bene, nie mam pojęcia, jakie było pochodzenie mojego świerszcza na patyku zjedzonego w Szanghaju. Co ciekawe, to hodowle insektów nie konkurują o paszę na przykład z hodowlą drobiu, świń czy bydła, ale także nie konkurują o pożywienie człowieka. Takie robaki świetnie się hoduje na odpadach, np. przemysłu owocowo-warzywnego, zbożowego i in. Insekty konwertują kiepskiej jakości pokarm pochodzenia roślinnego w swoje ciało i to bardzo szybko i oszczędnie. 

A woda?

Hodowla insektów charakteryzuje się bardzo niskim zużyciem wody. Na pewno jest tu potrzebne dużo mniej wody niż przy produkcji wołowiny. Patrząc na porównanie zużycia wody z innymi zwierzętami, to w sumie najbardziej oszczędna ze wszystkich hodowla. To jest jej olbrzymi plus. 

A co się dzieje ze spleśniałymi resztkami owoców i warzyw jeśli się ich nie zagospodaruje?

Czeka je spalenie, utylizacja w biogazowni albo kompostowanie. A potencjalnie mogłyby trafić do hodowli robaków i stać się dla nich pokarmem. Z literatury wiadomo, że mykotoksyny mogą być skutecznie inaktywowane w przewodzie pokarmowym insektów, akumulacja mykotoksyn w ciele owadów jest stosunkowo niewielka, zagrzybienie paszy może jednak spowolnić wzrost postaci larwalnych, zwłaszcza młodszych. To sugeruje możliwość zagospodarowania spleśniałych pasz. Koledzy z Poznania jakiś czas temu potwierdzili mi te informacje literaturowe. Jednakże regulacje UE nie dopuszczają użycia pasz zagrzybionych do żywienia jadalnych insektów z uwagi na bezpieczeństwo zwierząt i ludzi.  

Widzę zalety robaków na wielu polach. A czy są jakieś minusy dla bioróżnorodności?

Nie ma. Wszystkie fermy robaków w Europie muszą być odpowiednio zabezpieczone przed niekontrolowanym wyjściem insektów i dopływem z zewnątrz. Pod tym względem one są dla środowiska neutralne. To są zamknięte, szczelne hale. Nie ma obawy o to, że np. świerszcze wyskoczą z fermy.

A jeśli chodzi o odpady? Czy taki robak jest w całości jadalny, czy trzeba coś odrzucić.

Bardzo różnie. Świerszcza zjadłem w całości, podobnie jak szanghajczycy stojący obok straganu z grillowanymi świerszczami. W fermach owady mogą być w całości przerabiana na mączkę. W procesie technologicznym można np. rozdzielić frakcję białkową od tłuszczowej do różnych celów. Owady mogą zawierać białko w ilości 30-60% masy ciała. Obecna od lat na rynku koszenila (E121 i E 120) jest ekstrahowana z ciał czerwców kaktusowych, a służy do konserwowania i barwienia napojów i słodyczy. Warto dodać, że odpady z produkcji insektów są cennym nawozem poszukiwanym przez ogrodników.  

Czy chityna jest trująca?

Och nie, wręcz przeciwnie. Pancerzyk chitynowy owadów ma bardzo dobre właściwości odżywcze. Jest fantastycznym dodatkiem obniżającym stężenie cholesterolu (tego złego), zmniejsza insulinoodporność tkanek, pomaga w utrzymaniu zdrowej masy ciała. Ma też szerokie zastosowanie w przemyśle kosmetycznym. 

A negatywy? Muszę trochę podrążyć.

Nasze fobie, insektofobia i neofobia. Europejczycy uważają, że jedzenie robaków jest obrzydliwe. Robaki nie kojarzą nam się dobrze z jedzeniem, choćby takie spotykane w owocach. Neofobia, to z kolei obawa przed nowymi pokarmami. Znam osoby, które nawet krewetek do ust nie wezmą. Ach i jeszcze powiem, czym się żywią krewetki i doleję tym oliwy do ognia (śmiech).

A czym się żywią?

Krewetki żyją w części dennej akwenów i żywią się odchodami ryb, resztami z niedojedzonych kawałków ryb, często nadpsutymi. I konwertują to wszystko w swoje pyszne, soczyste mięso. Pełnią rolę sanitarną w ekosystemie i są jednocześnie bardzo smaczne. 

I to jest bioróżnorodność. 

Tak. Ale w przypadku krewetek oczywiście nie poławiamy dzikich z dna oceanu, w większości są to zwierzęta hodowane. Często stosuje się już technologie kaskadowe. W górnych częściach bliżej lustra wody hoduje się szlachetne gatunki ryb, niżej ryby lubiące trochę głębsze wody i najniżej krewetki, które zjadają wszystko to, co opadnie z góry – nadmiar pokarmu podawanego rybom, rybie odchody, martwe ryby. To taka sztucznie podtrzymywana, ale jednak bioróżnorodność, która wchodzi do hodowli intensywnej.

Trzeba jeść mądrze. Ale nie musimy ze wszystkiego rezygnować.

Zapytam jeszcze o tradycyjne rolnictwo. To małe kojarzy mi się dobrze a duże przedsiębiorstwa kojarzą mi się z chemią, industrializacją, monouprawą.

Zazwyczaj kojarzymy duże rolnictwo z czymś złym, a małe z dobrym, ale ja widziałem naprawdę świetne prowadzone duże przedsiębiorstwa. Ich zaletą jest to, że posiadają własne oczyszczalnie wody. Fermy na 200-400 krów mają własne systemy wymiany ciepła. Mleko ochładzając się w wymienniku ciepła ogrzewa wodę używaną na fermie w kranach. Ogniwa fotowoltaiczne, pompy ciepła i wiatraki nie są rzadkością, dzięki czemu ferma bazuje wyłącznie albo prawie wyłącznie na źródłach odnawialnej energii elektrycznej. To są fermy prowadzone nowocześnie i odpowiedzialnie. Mamy ich naprawdę sporo w Polsce.

Mała farma też może być prowadzona z poszanowaniem środowiska. Wszystko zależy od ludzi, którzy postawią budynki, a potem zarządzają i pracują w tych fermach. Na przykład kiszonka, którą są żywione krowy może być zrobiona i przechowana poprawnie i w większości zostanie wykorzystana przez zwierzęta, lub może być zrobiona niedbale, zepsuje się i będzie stanowiła odpad produkcyjny lub zostanie podana zwierzętom, które będą chorować i trzeba będzie je leczyć. Fermy źle i nienowocześnie prowadzone stanowią duże zagrożenie dla środowiska choćby przez wysokie zużycie leków weterynaryjnych. Mądra biologia, tego terminu używał dawno temu mój Profesor w odniesieniu do wielu aspektów nowoczesnego rolnictwa, to taka, która jest dobrze poznana i następnie skutecznie zarządzania przez człowieka i na korzyść człowieka. Jak dobrze prowadzone nowoczesne gospodarstwa rolne, o których tu wspomniałem. Wycinanie starodrzewi, co w ostatnich kilku latach ma miejsce w całej Polsce i w Pani Krakowie, jest głupie, nieodpowiedzialne, ogranicza się do korzyści krótkodystansowych. W długim okresie będzie to powodowało same szkody. Potrzebujemy mądrego podejścia do biologii. 

To wymaga wysiłku.

Tak, a chorujemy na wygodnictwo. Dotyczy to zużycia wody, nadmiernego ogrzewania pomieszczeń. Przykłady tego wygodnictwa i tym samym złego oddziaływania na biologię możemy znaleźć w każdej minucie naszego życia. Uważam, że działania dla klimatu powinny dziać się cały czas. Oszczędzajmy wodę i energię, bo to jest to, na co możemy mieć realny wpływ. Na szczęście już bardzo dużo mówi się o stratach żywności, sięgających około 40% produkcji, w których największy udział mają konsumenci a nie rolnicy, producenci, czy dystrybutorzy. Najwięcej żywności marnujemy my jako konsumenci. To pokazuje, jak daleko odeszliśmy od naszych naturalnych domów tych wiejskich, ale i miejskich, gdzie odpadów z żywności prawie nie było. Ludzie nie mieli lodówek, zamrażarek, wielu udogodnień, wszystko musiało być zagospodarowane natychmiast. W odpowiednim czasie coś zostało zapeklowane, zasuszone, ugotowane. Jadło się to, co trzeba było zjeść, bo groziło zepsuciem, a nie zawsze to, na co się miało ochotę. 

Jedliśmy sezonowo i regionalnie. Teraz czas na mój ulubiony przykład z pomidorem. Pomidor zakupiony u nas w styczniu pochodzący z Hiszpanii ma 15-razy mniejszy ślad węglowy od pomidorowa regionalnego z naklejką eko. Z pewnością więcej z nas pomyśli, że ten eko-regionalny pomidor jest lepszy dla środowiska. Kupując pomidora nie myślimy o tym, że był hodowany …

… w szklarni, która pożera dużo energii i nie widział słońca. Tak, to kolejny wielki greenwashing. Trzeba jeść mądrze. Ale nie musimy ze wszystkiego rezygnować. Trzeba środowisku dać coś w zamian, nie możemy go tak rabunkowo traktować. Biologia, w odróżnieniu od wytworów technologii, ma mechanizmy samonaprawy, które jednak w pewnym momencie gwałtownie załamują się i osiągają punkt, z którego nie ma już odwrotu. Dom ma znikome możliwości samonaprawy, ale sygnalizuje nam problemy – drzwi, dach do naprawy. Możemy go naprawiać i cieszyć się nim latami. Ogród ma gigantyczne możliwości samonaprawy, ale jeśli przyjdzie np. susza to ginie w nim wszystko i wszelkie możliwości samonaprawy się kończą. To jest różnica między przyrodą a działalnością człowieka. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ingerując w środowisko psujemy mu część elementów służących do samoregulacji. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w pewnym momencie to wszystko może się gwałtownie posypać jak domek z kart i że wtedy będzie za późno na naprawę. Pęknięcia w domu możemy łatać w nieskończoność, w biologii tak niestety się nie da. Możemy leczyć organizm, ale w pewnym momencie cała masa zdarzeń doprowadzi do śmierci. Tak samo zachowa się środowisko. To nie jest zegar, w którym możemy wymienić trzy śrubki i sprężynę i będzie żył dalej. Niewielu z nas ma świadomość, czym grozi takie naciąganie mechanizmów, czym grozi głupie igranie z możliwościami samoregulacji naszego środowiska naturalnego.

To jest takie smutne, już sama nie wiem, o co chciałam zapytać.

Taka jest biologia, natura. 

Przy takiej liczbie ludzi, musimy mieć jednak miejsce pod rolnictwo wielkoformatowe, bo nie wyżywimy świata.

Musimy, ale z głową. Nie wielohektarowe łany zbóż, ale poprzedzielane tzw. zadrzewieniami śródpolnymi, które znalazły miejsce także w Europejskim Zielonym Ładzie. Początek ich na terenie Wielkopolski dał generał Dezydery Chłapowski, który po wyprawach napoleońskich powrócił do rodzinnego majątku i zaprowadził w nim szereg rozwiązań, które podpatrzył w czasie krótkiego pobytu na Wyspach Brytyjskich.

Zadrzewienia śródpolne mogą wspomóc ratowanie bioróżnorodności. Obsadzanie drzewami i krzewami miedz, dzielących pola. Do takich miejsc szybko wchodzi życie, owady, zioła. W takich miejscach, zarośniętych rowach i miedzach na Podlasiu znajdowałem najpiękniejsze kraśniaki i podgrzybki. Krajobraz bezgranicznych stepów nie jest przyjemny dla oka, ale przedzielony pasami zarośli jest już ciekawy i dobrze oddziałuje na zbiory, chroni je przed wiatrem, wyleganiem zbóż, zatrzymuje również wodę. Jest azylem wielu gatunków zwierząt od owadów po ptactwo i małą zwierzynę płową.

Jest bardzo dużo terenów przemysłowych, które wyglądają jakby stały na suchych stepach.

Tak, lecąc nad Polską możemy obserwować zakłady przemysłowe stojące na pustkowiu, bez jednego drzewa. Powinniśmy te tereny zalesiać. Krajowy Program Zwiększania Lesistości przewidywał wzrost lesistości do 30% do 2020 r., i 33% w roku 2050. Dzisiaj to około 30,8%, czyli taka europejska przeciętna. Las to najlepsze miejsce do sekwestrowania węgla oraz retencjonowania wody. 

Ale to też we współpracy ze specjalistą?

Tak, nawet jeśli mamy zazielenić kawałek przestrzeni przed firmą poradźmy się ekspertów, co posadzić, aby nie rozpowszechniać obcych, inwazyjnych gatunków oraz aby to, co posadzimy nam urosło. Powinniśmy wybierać gatunki drzew mające szanse na przetrwanie zmian klimatycznych, a nie te zaliczane do grupy przegranych (np. brzoza brodawkowata, świerk pospolity, sosna zwyczajna). Mamy już publikacje, które pokazują, które gatunki, z naszych rodzimych, będą się umacniać, a które niestety nie poradzą sobie w zmieniającym się klimacie. Odsyłam tu do popularnego kwartalnika AKADEMIA pod tytułem LAS oraz do kolegów z Instytutu Dendrologii PAN w Kórniku.  

Bardzo dziękuję Panie Profesorze.

Zapraszam i również dziękuję. Do zobaczenia!

< wstecz