Waste Busters
Waste Busters

Wywiady

Wywiady

Przekonała Reunionczyków do jedzenia liści buraka. W Polsce w Letniej Kuchni serwuje leśną koniczynę. O zrównoważonej turystyce rozmawiam z Elą Legros.


“Jest tu jedzenie, są ludzie, błogość, trawa, i pokrzywy za płotem, które ścinamy i parzymy na herbatkę” – mówi Ela Legros, która z mężem Dawidem Legros prowadzi Letnią Kuchnię. Siedlisko na Warmii otwarte jest tylko w sezonie letnim. I chociaż Ela uważa, że ma jeszcze wiele do zrobienia, uwierzcie mi, Letnia Kuchnia to agroturystyka z całą pewnością zrównoważona. Bo czy znacie takie drugie miejsce, w którym gospodarze dają rodzicom wielorazowe pieluszki i sami je za nich piorą? Ja nie.

Nasza rozmowa z Elą szybuje znacznie dalej, poza Warmię i Polskę. Ela podpowiada nam miejsca, których łatwo w Google nie znajdziecie. Zjeździli z Dawidem pół świata więc było z czego wybierać.

Jesteście z Dawidem ambasadorami francuskiego stowarzyszenia Hopineo. Nie jest ono zbyt popularne w Polsce.

Hopineo (hopineo.org) to stowarzyszenie ludzi, którzy starają się poszukiwać innych sposobów na podróżowanie. Chodzi o podróże wybiegające poza ramy turystyki masowej, zrównoważone i odpowiedzialne. Założyły je dwie osoby, które kochają podróżować, ale nie chcą pozostawiać złych śladów w świecie. Jak ktoś szuka informacji o zrównoważonym podróżowaniu, o miejscach i dobrych praktykach to może znaleźć tu mnóstwo inspiracji.

Pokazujecie tam również Letnią Kuchnię?

Tak, jesteśmy w bazie miejsc. Znajdzie nas osoba, której zależy na przykład na tym,  aby jedzenie, które ma na talerzu pochodziło z własnego ogródka, albo która wspiera lokalną społeczność. Bo to wchodzi w ramy turystyki zrównoważonej. W bazie znajdziemy również zupełnie unikatowe miejsca, jak na przykład wyspę Jeju w Korei Południowej. To miejsce ma bardzo ciekawą historię. Wraz z globalizacją młodzi ludzie wyprowadzali się z wyspy, dlatego zostało tu bardzo dużo starszych osób, zwłaszcza kobiet, które z samotności i braku perspektyw zaczęły popadać w depresję i marazm. Nie miały pieniędzy, ani poczucia sensu życia. Ktoś jednak dostrzegł w tej wyspie i jej starych mieszkańcach potencjał turystyczny. Wymyślił, że stworzy sieć domów gościnnych zlokalizowanych u tych babć. Projekt nosi nazwę Grandma’s Homestays . Wyspy nie odwiedza się tylko dla pięknych krajobrazów, babcie uczą turystów szydełkować, pokazują ogródki i gotują pyszne jedzenie. Nagle z wyspy, która umierała i miała ogromny problem, powstał produkt turystyczny w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. To jest świetny przykład turystyki zrównoważonej, stworzonej na bazie lokalnych, marnujących się wcześniej, zasobów wedle zasady – masz coś, to stwórz coś z tego. Babcie z wyspy poczuły się dowartościowane. Okazało się, że ludzie chcą nie tylko u nich być, ale też rozmawiać z nimi, słuchać ich historii, że mają światu wiele do zaoferowania.

Wy również dokładacie swoją cegiełkę do dobrych praktyk. Nie tylko stworzyliście swoje miejsce, ale też sami odrywacie miejsca i dzielicie się doświadczeniem.

Dzięki Hopineo trafiliśmy do wielu niesamowitych i nieoczywistych miejsc podróżując dookoła świata. O naszej podróży można poczytać na blogu MoveOurWorld.com  Na przykład w Indiach, w Uttarakhand pojechaliśmy do domu gościnnego prowadzonego przez kobiety , co jest w tamtejszej kulturze ewenementem. Kobiety nie prowadzą tu zazwyczaj biznesów. A mówimy o miejscu na wsi. Właścicielka zaangażowała całą wykluczoną społeczność jak na przykład wdowy, aby stworzyć miejsce dla turystów. Pojechaliśmy tam, aby dowiedzieć się, jak zbudować miejsce dla turystów bez milionowych budżetów. Jako ambasadorzy Hopineo pomogliśmy też właścicielce w działaniach PR-owych, napisaliśmy artykuły, wsparliśmy budowę strony internetowej, ogarnęliśmy social media. W zamian otrzymaliśmy nocleg z wyżywieniem. Na tym to polega. Wiele z siebie daliśmy, ale w zamian zebraliśmy cenne doświadczenie, które teraz prowadząc Letnią Kuchnię możemy wykorzystać.

Letnia Kuchnia to wypadkowa wielu Waszych podróży i miejsc, które odwiedziliście? 

Tak, to wypadkowa podróży do naprawdę genialnych miejsc na całym świecie. Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się od dżemu w schronisku nad Morskim Okiem. Nigdy nie zrozumiem, jak to możliwe, żeby w jednym z piękniejszych miejsc w Polsce, na śniadanie dostać dżem w mini plastikowym opakowaniu. Potem w głowie urodziła się Letnia Kuchnia. Kiedy mówimy o początkach naszej przygody, zawsze zaczynamy snuć historię od słów: “moja babcia mieszkałą na wsi, nad rzeką. Moja babcia zawsze gotowała w letniej kuchni i było to miejsce dla nas dzieci magiczne. Do letniej kuchni przynosiło się truskawki w czerwcu, potem  pojawiały się wiśnie, czereśnie, jagody, grzyby. Tam uczyliśmy się wyciągać marchewkę z ziemi tak, żeby nie urywało się to zielone. Całe lato, nasze i dzieci sąsiadów, kręciło się wokół kuchni. Pamiętam smak pierogów polewanych śmietaną i posypanych cukrem, świeży chleb z chrupiącą skórką, domowe masło, mleko prosto od krowy – jeszcze ciepłe. Letnia kuchnia taka właśnie była. Kiedy postanowiliśmy z Dawidem, że my też chcemy mieć u siebie gości i że chcemy się tym zająć na serio, biznesowo, wiedzieliśmy, że to miejsce powinno takie być, jak dawniej.

Kręcić się wokół jedzenia?

Tak, ale z ludzkim czynnikiem. Miało być jedzenie i ludzie, błogość, trawa i pokrzywy za płotem, które ścinamy i parzymy na herbatkę. Kiedy po raz pierwszy tu przyjechaliśmy i zobaczyliśmy siedlisko wiedzieliśmy, że to jest to. Wcześniej obejrzeliśmy kilkanaście miejsc na Warmii. Wyjeżdżając stąd wiedzieliśmy, że musimy teraz zrobić wszystko, tak czarować, aby to miejsce stało się nasze. 

Słowo agroturystyka bardzo długo kojarzyło mi się z miejscem, w którym rozbrzmiewa disco polo a na śniadanie dostajesz produkty z pobliskiego dyskontu. 

Tak, w Polsce długo panowało przekonanie, że agroturystyka to miejsce, gdzie słyszy się disco polo. U nas na szczęście nie (śmiech). Dawid pochodzi z muzykującej rodziny. Jego tata miał pięcioro  braci i wspólnie założyli zespół muzyczny na Reunion. Dawid pochodzi właśnie z La Reunion na oceanie indyjskim. Jego tata i bracia popłynęli w latach 50-tych statkiem do Francji zabierając ze sobą instrumenty. Tam dawali czadu na potańcówkach w Paryżu. Później tata Dawida wrócił na wyspę i tam pozostał. Nie dalej jak trzy lata temu w wieku 85 lat nagrał płytę, oczywiście z braćmi. Sama widzisz, że Dawid ma muzykowanie we krwi.

Ale wracając do Twojego pytania, agroturystyka przeszła, moim zdaniem, dwie główne fale. Pierwsza nastąpiła w latach 90-tych , kiedy rolnicy zorientowali się, że mogą prowadzić biznes w postaci wynajmu pokoi. Zaczęli masowo to robić, nazywając swoje usługi agroturystyką. Niewielu zastanawiało się nad sensem tego słowa. Agroturystyka to z definicji urlop u gospodarza na wsi. Najczęściej w jego domu. To czynny udział w codziennych obowiązkach i możliwość pobytu w zdrowym otoczeniu. To jedzenie wyprodukowane na miejscu. W praktyce natomiast ograniczało się to do pobytu w pokoju z wersalką albo tapczanem. 

To trwało dość długo.

Tak, ale na szczęście ta  fala to już raczej przeszłość. Teraz mamy do czynienia z drugą falą. Nazywam ją slowhopową. Jest to trend podróżowania w stylu slow, gdzie agroturystyka właśnie wpisuje się idealnie. 

Dzięki tej modzie agroturystyka dostała drugą szansę.

Tak, agroturystyka przeżywa drugą młodość. Nie jest już wstydem nazywać się agroturystyką. I tu chylę czoła wszystkim tym wspaniałym miejscom, które od samego początku robiły świetną robotę jako agroturystyki, są wyjątkowe i funkcjonują do dziś. 

Wróćmy do jedzenia. Opowiesz nam o swoim ogródku. Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy to pomyślałam, że jest zapuszczony (śmiech).

Tak, wiele osób  się dziwi i pyta, czy to na pewno jest ogródek. Tak, to jest ogródek, który dał nam 70% warzyw i owoców, które serwowaliśmy  naszym gościom w ubiegłym sezonie. Jest to ogród permakulturowy, czyli taki, w który ingerujemy w małym stopniu. Nie przekopujemy ziemi i nie podlewamy warzyw. Po dwóch latach uprawy na łące, która nigdy nie była przekopywana i traktowana chemią, mamy wspaniałe plony. W tym roku tworzymy drugi ogródek. Mamy skrzynie sałatowe i budujemy właśnie nowe inspekty.

Lubisz eksperymentować?

Tak, dlatego w pierwszym roku mieliśmy niewiele plonów. Ale determinacja spowodowała, że weszliśmy w fazę drugiego eksperymentu – sadzimy za domem jadalny las. Aby zobaczyć jego kształt potrzeba jeszcze kilku lat, ale widać już pierwszy zarys tego projektu. Jest to ogród odwzorowany na lesie. Zaczęliśmy od drzew owocowych, potem krzewów, również medycznych, a skończymy na najniższej warstwie – runie, które u nas stworzą jagody, poziomki czy żurawina. Każda roślina, którą sadzimy ma przynieść nam pożywienie. Nie ingerujemy w glebę, budujemy ją na łące ściółkując kompostem wytwarzanym w letniej kuchni. 

Czyli to coś więcej niż sąd.

Tak, o wiele więcej to prawdziwy ogród Eden (śmiech|). Zaczerpnęliśmy ten pomysł właśnie z permakultury. Mówimy na to las jadalny. Jest to część zrównoważonego rozwoju, który dla mnie oznacza dążenie do samowystarczalności. Chcemy mieć jak najwięcej rzeczy, które możemy sami wyprodukować i tu dochodzimy do Twojego Wastebusterstwa. Chcemy ograniczać rzeczy, które kupujemy. To genialne, iść za dom i nazrywać tego, czego potrzebujemy zamiast pędzić do sklepu. 

Nie zauważyłam u Was kontenerów, z których wysypują się śmieci. A macie gości całe lato. Jak minimalizujesz odpady? Nie mówię o Zero Waste, tego nikt nie osiągnie. Pytam o minimalizację.

Mam poczucie, że jest jeszcze wiele do zrobienia, cały czas mam wyrzuty sumienia, że nadal jest tego za dużo.

Od czegoś trzeba zacząć. Co jest najłatwiejsze?

Zawsze trudno jest zacząć. My zaczęliśmy od wody, co jest paradoksem, ponieważ teraz jesteśmy zmuszeni kupować wodę w butlach. Niestety w Siedlisku woda jest bardzo zażelaziona i nawet najodważniejsi wymiękają po kilku szklankach. Ale kiedy wyruszaliśmy w nasza podróż dookoła świata, obiecaliśmy sobie, że przez ten cały rok nie kupimy wody w plastiku. I udało się. Podróżowaliśmy po Azji, Ameryce centralnej, Indiach, po bardzo odizolowanych miejscach, i piliśmy wodę z dzbanka, który stał na stole. Mieliśmy ze sobą Steripen, urządzenie, które wygląda jak długopis. Wkładasz je do kubka z wodą i naciskasz, trzymasz 5 sekund, w tym czasie woda zostaje uzdatniona do picia zabijając bakterie i wirusy. Z czasem jednak nawet z tego zrezygnowaliśmy i piliśmy wodę taką, jaka była w kranie. Niestety media robią złą robotę, straszą tą wodą, nakręcają ludzi. Oczywiście nie byłam wszędzie i nie mogę się wypowiadać o wszystkich miejscach, ale tam gdzie byłam, woda była jak najbardziej zdatna do picia bez przegotowania czy odkażania. 

Absurdalnym i egoistycznym jest zostawianie plastiku w takich miejscach jak Indie, gdzie nie ma systemu zarządzania odpadami. Ten plastik wcześniej czy później wróci do nas przez ocean. 

Dużym tematem są również pieluchy. Kiedy wracaliście z podróży byłaś w zaawansowanej ciąży z Ernestem. Jak poradziłaś sobie z tym tematem?

Kiedy okazało się, że Ernest jest w drodze, perspektywa pieluch była dla nas przerażająca. Byłam już wtedy na etapie kubeczka menstruacyjnego, więc wiedziałam, że jednorazowe pieluszki odpadają. Użyliśmy ich kilka razy, kiedy była taka konieczność, ale to było naprawdę kilka razy przez dwa lata. To Dawid odkrył pieluchy wielorazowe. Okazało się, że w Polsce mamy najlepsze jakościowo i najpiękniejsze pieluchy wielorazowe na całym świecie. I kto o tym wie? 

Nikt. 

Więc muszę o tym powiedzieć. Jak tylko urodził się Ernest, od razu dostał wełenkę z wkładem na pupę. 

Możesz spokojnie wymienić firmy, które polecasz. Myślę, że warto, abyśmy je wsparły.

My korzystaliśmy z Magabi, Kokosi, Oops, Raz Dwa Trzy Pieluszki. Świetne są Pupus, Rasspies, Puppi, Wełną otuleni, Green Pieluszki, Little Birds Diapers, Bee3, Anna Luna, Fomi, Zufizo i wiele wiele innych. Jest dużo szyjących mam, które nie sposób tu wymienić. Dodam, że będąc na wakacjach w Letniej Kuchni możecie dostać od nas komplet pieluszek, do wypróbowania. . Dostaniecie też wiaderko na brudne pieluszki. My je odbieramy i pierzemy. Chcemy pokazać gościom, którzy mają małe dzieci, że nie jest to takie straszne, jakby się mogło wydawać. 

Zaniemówiłam  z wrażenia.

Mieliśmy już sporo gości, którzy korzystają z takich pieluszek. Coraz częściej na etapie rezerwacji goście pytają, czy mogą korzystać z pralki, ponieważ chcą prać pieluszki. Kiedy słyszę coś takiego, to jestem naprawdę szczęśliwa.

Kto najczęściej Was odwiedza?

Przyjeżdżają do nas głównie mieszczuchy, którzy są świadomi tego, że nigdzie nie wypoczną lepiej niż na hamaku wśród pasikoników. To są nasi goście. Staraliśmy się dobrze opisać nasze siedlisko, bez koloryzowania. To ludzie świadomi natury i tego, z czym to się wiąże, są gotowi na latające po podwórku nietoperze. Ale też są to osoby, które nadają nowego znaczenia słowu luksus. Myślę, że to kwestia kilku lat, żeby za luksusowy wypoczynek uważać ten na łonie natury, takiej prawdziwej. 

Zawiedziona byłam w ubiegłym roku, że nie spotkałam żadnego nietoperza.

Jeśli będziesz miała pokój na poddaszu to może ci się pofarci (śmiech). Jeden z gacków lubi czasami zaglądać do pokoju na górze. Dzięki nietoperzom nie zjadają nas chmary komarów w lecie. Nie musimy używać chemii, żeby się ich pozbyć. Dlatego kochamy nasze nietoperze i planujemy im wybudować ich własne domki. Póki co mieszkają pod dachówką.

Wracając do naszych gości, są to głównie Polacy ale zaczynamy powoli przyjmować letników zza granicy. Niemcy – wiadomo, że zawsze będą na Warmię przyjeżdżać. Ze względu na język francuski i hiszpański mamy też gości z tych krajów.

Jesteś globtroterką. Kusi Cię, aby korzystać z tanich lotów? Jakie masz podejście do latania?

Jasne, że mnie kusi. Jestem tylko człowiekiem, i też muszę patrzeć na budżet, kiedy podróżuję. Dochodzimy do pytań filozoficznych. Czy podróżowanie z założenia może być zrównoważone? Myślę, że może. Latanie samolotem to jednak zadra w temacie turystyki. Trudno jest podróżować nie korzystając z lotów, zwłaszcza pomiędzy kontynentami. Ale, jeśli się postaramy, możemy je ograniczyć. Z Dawidem dotarliśmy z Warszawy do Tajlandii drogą lądową. Jechaliśmy przez Litwę, Łotwę, Estonię, Rosję, Chiny i  Laos korzystając z busów, jeepów i pociągów. Ale już z Tajlandii do Indii polecieliśmy samolotem. Potem ponownie przesiedliśmy do pociągu, którym pojechaliśmy do Nepalu, a tu przemieszczaliśmy się czym się dało, łącznie z yakami. Potem szukaliśmy połączeń morskich z Ameryką Środkową, ale jednak ponownie skorzystaliśmy z samolotu. Samoloty nie są takie złe, jeżeli na miejscu zostaniemy dłużej. W ciągu całego roku podróżując bez ustanku lecieliśmy tylko kilka razy.

Podróżując samolotem kluczowe jest, aby zostać w tym miejscu dłużej. Jeśli jeszcze wesprzemy lokalną społeczność to zrównoważymy trochę nasz ślad węglowy. Możemy to zrobić korzystając z noclegów i posiłków u miejscowych. Ja lubię wiedzieć, do kogo trafiają moje pieniądze. Wolę kupić ser od Marzeny niż w markecie.  

Dopiero co wróciliście z Reunion. I byliście tam …

dwa miesiące. Mamy tam mamę, więc byliśmy w domu. 

Miałaś okazję przyjrzeć się tamtejszym tradycjom, w szczególności kulinarnym. 

Oooo tak. Bardzo zaskoczyło mnie, pozytywnie oczywiście, że większość liści warzyw, które my wyrzucamy, oni zjadają. Jedzą na przykład liście dyni. W Letniej Kuchni oczywiście też już je podajemy. Podajemy też Pak Choi i zwykłą polską kapustę według ich przepisu. Co do liści, Reunionczycy robią jeden wyjątek. Nie jedzą, uwaga … liści buraka!

Wyrzucają botwinę, którą my kupujemy za kupę kasy?

Tak. Wprowadziłam oczywiście nowy zwyczaj w naszej rodzinie na Reunion –  jedzenie botwiny. Mam nadzieję, że się rozpowszechni.

Takie nowości mogą dziwić. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy podaliście mi sałatkę z koniczyny to byłam bardzo zaskoczona. Po powrocie z Warmii z córeczkami jadłyśmy koniczynę rosnącą przed przedszkolem  w Krakowie. Wzbudzałyśmy spore zainteresowanie wśród przechodniów. 

My podajemy koniczynę leśną. Ale nie martw się, każda odmiana jest jadalna. Ta leśna ma po prostu czerwone łodygi więc pięknie prezentuje się na talerzu.

To trochę paradoks, że kupujemy roszponkę a nie zrywamy koniczyny, która rośnie wszędzie i moim zdaniem jest dużo smaczniejsza, taka lekko kwaśna. No ale jest chwastem.

Chwasty to duży temat. Chwasty to życie, to najzdrowsze rośliny na świecie. 

Polecisz nam jeszcze jakiś smakowity chwast do jedzenia?

Tak, podagrycznik. Chwast niestety najczęściej zalewany randapem, niemożliwy do wytępienia. Jest absolutnie pyszny, najsmaczniejsze są młode listki. W letniej kuchni dodajemy go do niemal każdej sałatki. O jego właściwościach leczniczych możemy zrobić oddzielny wywiad. I wiesz co jest najlepsze? Podagrycznik jest za darmo. To jest takie proste.

Nasze spotkanie dobiega końca, więc zapytam jeszcze, czy jesteś optymistką jeśli chodzi o losy naszej planety.

Jestem optymistka ale martwię się, że nadal robimy za mało i że ludzkość musi spotkać coś strasznego, żeby doszło do globalnej zmiany świadomości. W Afryce kończy się jedzenie i woda, niebawem staniemy przed ogromnym kryzysem migracyjnym. 

Ale na pocieszenie opowiem Wam o miejscu, które napawa nadzieją. To Auroville. Autonomiczne miejsce w Indiach, nienależące do żadnego kraju. Niegdyś pustynia, teraz rajski ogród z niesamowitą kopułą do medytacji. To miejsce to spełnione marzenia, to ciekawe projekty i niesamowici ludzie. Weźmy na przykład Sadhana Forest. Jest to organizacja, która w Indiach, Kenii i na Haiti sadzi drzewa jadalne tam, gdzie ludzie umierają z głodu. 15 lat temu założyciel Sadhana Forest wymyślił, że z plastikowej butelki leżącej na poboczu drogi i kawałka sznurka można zrobić bardzo precyzyjną maszynę do utrzymywania wilgoci w korzeniach drzew. Dziś dzięki tym śmieciom sadzi drzewa na pustyni i ratuje ludziom życie. Kiedy o tym myślę, to wierzę, że ludzkość ma jeszcze szansę. 

Bardzo dziękuję. Pozdrów Dawida i do zobaczenia w lipcu.

Dziękuję. Dawid chciał, abym przekazała jeszcze czytelnikom, że w letniej kuchni podajemy dżemy z piwniczki, przygotowane z naszych owoców. Podobnie jak kompoty. Mirabelką pachnie często całe siedlisko. 

………………………………

W Letniej Kuchni spędziłam w ubiegłym roku cudowne rodzinne wakacje, podczas których nikt się nie nudził, choć oprócz przyrody nie ma tu nic. I dobrze. W lipcu wracamy w tym samym składzie. Wszyscy letnicy, których poznaliśmy tu w ubiegłym roku postanowili też tu wrócić i to w tym samym terminie. 

< wstecz