Waste Busters
Waste Busters

Wywiady

Wywiady

“Możesz uprawiać warzywa nawet na parapecie, jak się uprzesz” – powiedziała mi Kasia Basiewicz, propagatorka miejskiego rolnictwa


Kasia Basiewicz sadzi jadalne ogrody w centrum Krakowa i uczy innych, jak to robić. O projekcie Inspekty, który prowadzi z koleżanką Dominiką Krzych wydawnictwo Znak wydało właśnie książkę “Miejskie Ogrodnictwo”. Czy dzięki dziewczynom nasze polskie miasta zaczną przypominać Wiedeń? Mam nadzieję. Kasia liczy przede wszystkim na to, że nasze zielone parapety wykarmią zapylacze a przy okazji urozmaicają nasze talerze. Wyobraźcie sobie pomidorek z własnego parapetu posypany świeżo ściętym szczypiorkiem z doniczki. I tak może być!

Zacznijmy od szkoleń, które organizujecie dla pracowników firm. Skąd taki pomysł, potrzeba?

Okazało się, w czasach głębokiej pandemii, kiedy ludzie siedzieli zamknięci w domu, zespoły zaczęły się rozsypywać. Ci, którzy już od dawna pracowali online odczuli to w mniejszy stopniu, choć i oni przed pandemią przynajmniej raz w tygodniu do biura zaglądali, aby spotkać się z ludźmi. Przy trybie pracy home office są wyznaczone dni w firmie, kiedy trzeba się w pracy pojawić. Zatem pracownicy zawsze mieli wokół siebie ludzi, w mniejszym lub większym stopniu. Kiedy zamknęli się w domach i nie było nic poza ekranem, kontakt z naturą okazał się zbawienny. Wszyscy szukaliśmy kawałka lasu, wszyscy chcieliśmy mieć tarasy, sporo osób kupowało ziemię poza miastami, żeby tylko wyjść z czterech ścian. Ja nie mam balkonu ale na szczęście mam podwórko wspólne z innymi mieszkańcami, na którym robimy ogródek. I kiedy nas zamknięto to ten nasz ogródek był dla nas punktem wyjścia i spotkań.

Czyli w uprawie warzyw nie są ważne jedynie plony.

Sadzę, to chcę mieć plony. Wszyscy są na tę plony nastawieni. Ale drugim ważnym aspektem to elementy społeczne, socjalne, integracyjne, bo to jest przyczynek do konwersacji. 

Czego uczycie podczas warsztatów?

Tematów jest sporo, mogą to być ogródek ziołowy, grządki, wysadzanie. Ludzie przychodzą do nas z materiałami i razem z nami sieją. W międzyczasie opowiadamy o różnych rzeczach, dajemy tipy na temat tego, co można na przykład robić zimą, jak mieć zielone rzeczy na parapecie. Dobieramy tematy do pory roku. Po tym, jak już ludzie zasieją na warsztatach swoje roślinki, mają temat do rozmów z innymi osobami. Nawet w pandemii, kiedy kontaktowali się online, chętnie wymieniali się swoim doświadczeniem. Pisali do siebie, że coś zaczyna im kiełkować, że coś komuś wyszło lub nie za bardzo. Ludziom otwierają się głowy po takich warsztatach, cieszą się, że można takie rzeczy robić, że się da. Zaczynamy żyć tym wspólnym tematem.

Ostatnio sporo się mówi o ogrodach wertykalnych w biurach.

Ważne jest to, aby rozpoznać możliwości biura. Jeśli jest rzeczywiście mało miejsca to można skorzystać z systemów wertykalnych. Rosną na nich w szczególności dobrze sałaty i liście rośliny. No ale już pomidorki źle by się tam czuły. Same nie posiadamy systemów, nie sprzedajemy regałów  wertykalnych i sprzętu do nawadniania. Ale mamy oczywiście wiedzę i jeśli ktoś zainwestował w taką infrastrukturę, możemy zaangażować się we wspólne sadzenie. Wiemy, jak na takiej ścianie zasadzić rośliny jadalne w biurze. Ale jeśli będzie potrzeba zrobienia wszystkiego od zera to zrobimy to przy pomocy partnerów, którzy mają takie rozwiązania. 

Jak oceniasz rozwój miejskiego ogrodnictwa w Polsce?

Cały świat miejskiego ogrodnictwa, uprawa warzyw w mieście to temat, który bardzo idzie do przodu. Technologia rozwija się niesamowicie. Weźmy na przykład sztuczne światło, które pozwalają na uprawę roślin w pomieszczeniach bez okna, bez dostępu do światła słonecznego.

Sandra Piesik, architektka i działaczka klimatyczna, powiedziała mi w wywiadzie, że powinniśmy jako miasto zacząć od dialogu z lokalnymi rolnikami.

Jedno drugiego nie wyklucza. Nie każdy ma balkon i taras czy podwórko. Teoretycznie możesz uprawiać warzywa nawet na parapecie jak się uprzesz. Przestrzeń, którą posiada większość z nas mieszkając w mieście nie zapewni nam jednak jedzenia. Na parapcie możemy mieć zoła, które urozmaicą nasze dania, możemy sobie z nich robić napary. Wystarczą nam do tego dwa listki. Nie wyżywisz tym  jednak 4-osobowej rodziny.

Uprawa warzyw i roślin jadalnych w mieście ma bardzo wiele płaszczyzn i aspektów. Jeśli masz dzieci, to wspólne sadzenie jest lekcją biologii w domu. To z dziećmi powinnaś wysiewać, podlewać i dokonywać zbiorów. Widzę to po swoich córkach, które tworzyły razem z nami nasz projekt. Były zaangażowane od samego początku. Teraz po czterech latach już są mniej w to wciągnięte, są starsze, trochę się wycofały, ale pozostały świadome. Wiedzą, jak sadzić pomidory, jakie są fazy ich wzrostu. Wiedzą, że pomidor nie rośnie w Biedronce, a uwierz mi są dzieci, które tak właśnie myślą. 

To jest jeden z głównych powodów dla których w tym roku zaczynam swój  balkonowy ogródek z moim córeczkami.  Miałyśmy już nieśmiałe próby w ubiegłych latach, zioła, pomidory, truskawki. W tym roku chcemy zaszaleć i zrobić warzywniak.

Super, będzie to dla Was fajna forma spędzenia ze sobą czasu. Masz spory balkon, więc wszystko będziesz tu w stanie wyhodować, jagody, truskawki, poziomki. Wracając  do wypowiedzi Sandry, nie wykluczam tego, że ważny jest dialog z rolnikami. Nasze miejskie rolnictwo jest na inną skalę. Każdy z nas może na taką mikro skalę przyczynić się do lepszego bytu. Jeśli każdy z nas na parapecie miałby zielone trawy, kwiaty jadalne to odżywiamy wspólnie zapylacze. Mamy wokół beton. Jeśli zapylacze wyginął to u lokalnych rolników też nie będzie jedzenia. Biologia to cały łańcuch pokarmowy. A zapylacze są istotą tego wszystkiego. Trzeba budować świadomość i kształcić od najmłodszych pokoleń. To się samo nie zrobi. 

Czyli dialog z lokalnymi rolnikami powinien polegać na uzupełnianiu się.

Tak. Nie każdy musi uprawiać pomidory na parapecie. A ci, którzy je sadzą i tak muszą iść na zakupy i mogą je zrobić na lokalnym targu, bo nie sądzę, żeby im te balkonowe warzywa wystarczyły. Nie jesteś w stanie wyhodować tu wszystkiego, czego potrzebujesz. Jesteśmy z Dominiką zwolenniczkami sadzenia w mieście tego, czego naprawdę potrzebujemy, co wykorzystamy w naszej kuchni.  Weźmy na to, że nie lubisz marchewki ale raz w tygodniu potrzebujesz jej na rosół, więc sadzisz sobie małą ilość tego akurat warzywa. Kiedy gotujesz rosół będziesz miała tą jedną potrzebną marchew. Idziesz i wyrywasz.

Myślę, że lekcje biologii w szkole nas tego nie nauczą.

Dzieci najlepiej uczą się poprzez zabawę i zaangażowanie. W klasie u mojej córki zrobiliśmy przed szkołą grządki. Zaangażowali się w to rodzice, nauczyciele, dyrekcja, dzieci. Chcieliśmy stworzyć ogródek zero waste. Nie kupowaliśmy nic, wykorzystaliśmy stare deski. Rodzice przynieśli swój sprzęt i razem zbudowaliśmy grządki. To była kolektywna praca. Integracja 100%.

Ale potem trzeba o to dbać.

Dokładnie, my jako rodzice zainicjowaliśmy akcję i zrobiliśmy to, co mogliśmy, aby ogródek powstał. Ale co sezon pomidory trzeba posadzić od nowa. Co roku szkoła powinna mieć w planie opiekę nad ogórkiem. I tu kładania się systemowa edukacja zakładająca wyjście w plener. Oddolnymi inicjatywami wszystkiego nie ogarniemy. Teraz na wiosnę szkołą już powinna  planować sadzenie ogródka. Niestety przez dwa lata pandemii ogródek przestał być odwiedzany, grządki stoją puste. Są rośliny, takie jak maliny, które same sobie radzą, ale wiele roślin jest jednoroczna, jak wspomniane pomidorki. Jeśli nauczyciele mieliby tego przypilnować, to muszą to mieć w programie. Jeśli mają swój niezrealizowany materiał, nie będą robić dodatkowych rzeczy, bo są ścigani za zrealizowanie planu.

A czy ogród permakulturowy nie dzieje się sam?

Takiego ogródka nie trzeba przekopywać regularnie czy podlewać, ale  jednak jednoroczne rośliny wymagają wykopania i wsadzenia od nowa. Ale rzeczywiście, jeśli na początku zainwestujemy czas w odpowiednie przygotowanie warstw, ściółkowanie, duże lepiej będzie sobie radził.

Macie w planach systemową pomoc dla nauczycieli?

Pracujemy nad projektem, z którego mogliby korzystać wszyscy nauczyciele w Polsce. Szukamy obecnie partnerów, którzy by nas wsparli finansowo. Koncept i pomysł na to mamy, ale nie mamy na tyle środków, aby porzucić pracę i przez rok pracować bez zarobków tylko nad tym projektem.

Sporo wiedzy przekazujecie się już w swojej książce. Opowiedz nam o niej. 

Wydawnictwo Znak poprosiło mnie i Dominikę Krzych, z którą prowadzimy Inspekty o napisanie tej publikacji. Książka nosi tytuł “Miejskie ogrodnictwo, czyli jak uprawiać jedzenie w mieście” i właśnie trafia na półki w księgarniach. Cieszy mnie to, że nie jest to podręcznik. To studium przypadku. Naszego (śmiech). To nie tylko porady, jak sadzić ogrody jadalne w mieście i dbać o rośliny, to również nasza historia, naszego własnego ogródka, przepisy i pomysły. To historia Inspektów. Barwna i osobista.


Myślę, że przez osobiste historie dużo lepiej przyswajamy wiedzę. Jest w tym dusza. Jeszcze zapytam o nazwę Waszego duetu – Inspekty. Długo nie mogłam jej zapamiętać, bo wcześniej nie znałam tego słowa. Co to jest inspekt?

Inspekt to mała szklarnia sporządzona ze starego okna. Kiedyś właśnie w ten sposób robiono. Sadzono rośliny wczesną wiosną i aby nie przemarzły zrobiono dla nich taką podwórkową szklarnię zero waste. Stare  okno nadawało się do tego idealnie. Drzwi okna można było w każdej chwili uchylić i sięgnąć do środka. Sam pomysł i nazwa bardzo nas zauroczyły. Dzięki niej przypominamy o takich właśnie starych pomysłach. Myślę, że mało kto już pamięta takie rozwiązania.

A skąd w ogóle pomysł na Inspekty? Zarówno Ty jak i Dominika macie poza tym pracę.

Tak, ja pracuję w IT. Dominika jest project managerem. Pomysł zrodził się w naszych głowach w Wiedniu. Tam bardzo dużo przestrzeni miejskiej poświęca się na sadzenie ogrodów warzywnych, jadalnych kwiatów i ziół. Zapragnęliśmy, aby nasze miasto wyglądało podobnie. Po powrocie zaczęłyśmy z Dominiką od własnego osiedlowego ogródka. I stało się, wpadłam w temat jak śliwka w kompot (śmiech).

Coś czuję, że ja również niedługo wpadnę po uszy. Zastanawiam się od czego zacząć?

Może od papryki? Właśnie przyszedł czas wysiewania właśnie jej. Za chwilę będzie czas na kolejne wysiewy. No oczywiście, jeśli chcesz wysiewać w domu i robić tak zwane rozsady, które powędrują na wiosnę do donic. Najlepiej po 14 maja czyli po zimnych ogrodnikach.

Lub zimnej Zośce 🙂

Dokładnie. Zimni Ogrodnicy to inaczej Zimna Zośka. To moment, kiedy kończą się mroźne noce. Gotowe rozsady pojawią się na targach i w sklepach ogrodniczych. Nie kosztują dużo więc można kupić gotowe. Jeśli natomiast chcesz siać, możesz już powoli zaczynać. W przypadku papryki możesz wyjąć nasiona z warzywa, położyć na mokrej ligninie na parapeci, aby zakiełkowały lub wysiać bezpośrednio do ziemi. 

Sporo piszecie też o resztkach.

Tak, resztki to jeden z naszych ulubionych tematów. Sporo przykładów znajdziesz na Instagramie. Jeśli na przykład zetniesz marchew około 3-4 cm od końca i wstawić korzeniem do wody to wyhodujesz w kubku piękną natkę. Wodę oczywiście należy wymieniać. Natkę możesz dodać do sałatki.

Zaskakuje mnie ostatnio ilość rzeczy, które są jadalne, a które wyrzucamy.

Tak sporo tego. Choćby nawet liście selera, które dają wspaniały aromat zuom ą a jednak większość z nas je wyrzuca.

Co jeszcze mogę wyhodować w wodzie?

Na przykład Liście sałaty, natkę pietruszki, cebulkę.

Cudownie, będę próbować. Dziękuję Kasiu za wspólne śniadanie. Cieszę, że mogliśmy nareszcie spotkać się na żywo, a nie przed komputerem. Trzymam kciuki za Wasz projekt. Szczególnie ten, kierowany do nauczycieli. W maluchach cała nadzieja.

< wstecz