Waste Busters
Waste Busters

Wywiady

Wywiady

“Gdyby tylko dać startupom sprzyjające warunki, to całkowicie zmienilibyśmy biznes”. Rozmowa z prof. Bolesławem Rokiem.


Nazywamy go ojcem polskiego CSR-u. Od trzydziestu lat Bolesław Rok rozmawia z biznesem i przekonuje go do obrania kursu w stronę zrównoważonego rozwoju. Ja w tym roku miałam okazję wysłuchać wielu jego wykładów jako uczestniczka studiów podyplomowych z obszarów CSR i ESG na Akademii Leona Koźmińskiego, które stworzył podobnie jak Centrum Badań Przedsiębiorczości Pozytywnego Wpływu ALK. Profesor jest współzałożycielem Forum Odpowiedzialnego Biznesu, autorem Rankingu Odpowiedzialnych Firm, inwestorem i mentorem dla startupów. 

“Jestem od tego, aby przekonywać innych, że nasze działania naprawcze nadal mają sens.” –  na Wastebusters dzieli się z nami swoimi nadziejami na to, jak biznes zmieni się w ciągu najbliższych lat. Znajdziecie tu również wskazówki, jak poradzić sobie z climate grief i poczuciem beznadziei. Mi ta rozmowa bardzo pomogła. Więcej po niej wiem i lepiej się po niej czuję. Serdecznie zapraszam do lektury.

“Trzeba sobie znaleźć w życiu coś, co się robi dobrze, co służy światu, sprawia frajdę i przy okazji daje pieniądze. ”

Po kryzysie 2007-2008 zamiast zmiany klimatu pojawiło się pojęcie kryzysu klimatycznego, teraz mówimy już o katastrofie i polikryzysie. Pan obserwuje tę transformację od lat. Obserwuje Pan wzrost świadomości i jednoczesną powolność zmian. A nie wydaje mi się Pan sfrustrowany. Skąd czerpie Pan moc?

Zgodnie z japońską receptą na życie ikigai, trzeba sobie znaleźć w życiu coś, co się robi dobrze, co służy światu, sprawia frajdę i przy okazji daje pieniądze. Jestem od tego, aby przekonywać innych, że nasze działania naprawcze nadal mają sens. To daje moc nie tylko mnie ale i innym. Nie mógłbym zajmować się edukacją, jeśli tylko bym rozsiewał wątpliwości. Mogę prowokować, wzbudzać kontrowersje, ale to wszystko po to by edukować. W tradycji buddyjskiej jest figura bodhisattwy Avalokitesvary, współczucia, współodczuwania i wspierania, która jest świadectwem tego, że kiedy dochodzi się do pewnego etapu własnego rozwoju, to warto bardziej skoncentrować się na innych, na ich rozwoju. To jest właśnie moment życia, w którym się znalazłem. To jest dla mnie naturalne.

Katastrofa klimatyczna również może być postrzegana jako naturalny porządek?

Tak. Możemy myśląc o katastrofie zastosować metaforę śmierci. Każdy z nas umrze. Ale możemy to postrzegać na dwa sposoby. Pierwszy – w uproszczeniu – jest taki, że właściwie od jakiegoś momentu nie warto już nic robić, bo i tak umrzemy. Drugi jest zupełnie przeciwstawny: zanim umrę, to będę robił wszystko do ostatniego dnia, żeby moje życie miało sens. Bliższe jest mi to drugie podejście. A w dodatku śmierć nie jest – moim zdaniem – jakimś absolutnym końcem ale zmianą, formą przejścia, transformacji. Wszystkie religie właśnie o tym mówią, choć na różny sposób, jedne mówią o reinkarnacji, inne o niebie i piekle. I tak możemy spojrzeć na nasz świat, na Ziemię w obliczu katastrofy klimatycznej. Nie jest to koniec absolutny, to transformacja w inny stan i ten stan również może być ciekawy. Nie wiadomo, co będzie. Jedni mówią, że musimy w pełni sobie podporządkować naturę i wtedy wygramy. Inni głoszą, że ludzkość jest nowotworem Ziemi. Jeśli nas z siebie usunie, to wtedy na pewno sobie sama poradzi. Ekosystem zacznie się odradzać, świadome życie też prawdopodobnie znowu się pojawi i wszystko zacznie się od nowa. 

Czyli warto wierzyć w Boga.

Tak, optymalną strategią jest założyć, że Bóg – w jakiejkolwiek postaci – ma wpływ. Udowadniał to m.in. Blaise Pascal. Mówił, że w Boga można wierzyć lub nie wierzyć, ale to pierwsze ma zdecydowanie większy sens, bo motywuje nas do odpowiedzialnego postępowania. Zakład Pascala możemy zastosować do katastrofy klimatycznej. Na wszelki wypadek lepiej zachowywać się przyzwoicie, żeby nie przyczyniać się do pogłębiania niekorzystnych zmian w środowisku. Jeśli czeka nas katastrofa, to nie oznacza, że mamy już dziś rezygnować i dać się pogrążyć w beznadziei i lęku. Nawet jeżeli nie jesteśmy przekonani, że podejmowane przez nas działania przyczynią się do zatrzymania katastrofy klimatycznej, to i tak warto je podejmować. Jeżeli bowiem zachęcimy do tego wiele innych osób, instytucji, firm, to istnieje duża szansa, że unikniemy katastrofy klimatycznej. A jeżeli jednak podejmowane działania nie wystarczą i będzie nas czekać katastrofa klimatyczna w przyszłości, to dzięki tej aktywności uda się przynajmniej na kilka najbliższych dziesięcioleci podnieść nieco jakość życia ludzi na planecie. A zatem warto poważnie podejść do transformacji klimatycznej.

Ciężar informacji dotyczących klimatu z początku mnie psychicznie powalił. Czułam się bezsilna, potem wściekła, i w końcu pojawiła się akceptacja. Dopiero wtedy poczułam, że mogę nadal coś robić, cieszyć się życiem. Mam wrażenie, że dużo świadomych osób przeszło podobną ścieżkę, od załamania do akceptacji i działania. Czy ma Pan podobne obserwacje?

Te wszystkie fazy, przez które Pani przeszła, opisała już latach 60-tych Elisabeth Kübler-Ross w książce “Rozmowy o śmierci i umieraniu”. Tylko ona pisała o osobach w stanie terminalnym, czyli takich, które dowiadują się, że zostało im już niewiele życia. Przechodzą one zwykle przez pięć etapów. Pierwszy to zaprzeczenie. I to jest bardzo podobna reakcja, jaką mamy przy katastrofie klimatycznej. Nie chcemy się pogodzić z faktem poważnego zagrożenia. Taką postawę nazywamy denializmem klimatycznym. Drugą fazą, o której pisze Kübler-Ross jest złość. Pojawia się agresja. Często osoby na tym etapie uczestniczą na przykład w głośnych protestach klimatycznych. Trzecią fazą jest targowanie się, składanie deklaracji, zobowiązań, szukanie prostych pomysłów na to, aby wprowadzić radykalne zmiany, np. pójść do uzdrowiciela i całkowicie zmienić dietę. W przypadku klimatu to są pomysły typu: będę eko, zacznę używać bidonu zamiast jednorazowej butelki, przesiądę się z diesla na elektryka, założę panele na dachu. Nie chcę krytykować takich zmian. Chodzi mi jedynie o to myślenie, że jeżeli zmienię coś w swoim życiu na eko, to powstrzymam katastrofę klimatyczną. A kiedy widzimy, że to niewiele dało, dopada nas depresja i bezsilność, tracimy wolę życia – to właśnie czwarta faza, najbardziej bolesna. I czasami pojawia się jeszcze jedna, piąta, ostatnia faza, pogodzenie się z tym, co nieuniknione. Zrozumienie. Cieszymy się tym, co nam pozostało, zaczynamy myśleć o tym, co jeszcze możemy i chcemy zrobić. Oczywiście ta ostatnia faza może różnie przebiegać. U mnie ta faza nazywa się “edukacja” – wykłady, konferencje, panele, webinaria, szkolenia, mentoring, coaching, pomaganie i wspieranie innych.

“Startupy pozytywnego wpływu kształtują nowy paradygmat.” 

I to jest chyba moment, w którym pojawiają się pomysły na startupy. 

Tak. W różnych częściach świata są wspaniali ludzie, którzy nie tylko wpadają na genialne pomysły, ale potrafią je wdrażać w życie i skalować – poprzez technologię, odpowiednie narzędzia, wykorzystywanie dostępnego finansowania. Znajdują rozwiązania, o których nikomu się wcześniej nie śniło. Tworzą pozytywny wpływ tam, gdzie to jest najbardziej potrzebne.

Mówi się, że wszystkie technologie potrzebne do walki ze zmianami klimatu już istnieją.

Być może, ale jeszcze się nie wyskalowały. Muszą się przebić przez regulatorów, politykę, lobbystów, duży biznes. Jest wiele wspaniałych rozwiązań, które dzięki skali mogłyby zastąpić biznesy, które powinny już odejść. Startupy pozytywnego wpływu kształtują nowy paradygmat. Widzę jak wiele pasji jest wśród tych ludzi. 

Ile mamy obecnie startupów pozytywnego wpływu w Europie i samej Polsce?

Takich naprawdę szybko się rozwijających, o wielkim potencjale, w różnych branżach, jest w całej Europie około tysiąca, w tym u nas ponad sto. Gdyby tylko dać im sprzyjające warunki, to całkowicie byśmy zmienili gospodarkę i sam biznes.

Elon Musk mógł sobie sam te warunki stworzyć.

Niestety, w tej części świata startupowego, którą charakteryzuje pozytywny wpływ, nie jest to łatwe. Musk wyszedł z jednego biznesu i wtedy zainwestował w kolejny, który błyskawicznie urósł. Oprócz pieniędzy potrzebna jest determinacja i mocne przekonanie o słuszności własnej drogi. Jeszcze pięć lat temu większość kadry kierowniczej koncernów samochodowych mówiła, że auta elektryczne to bańka, że to pozostanie na marginesie rynku. Obecnie wartość giełdowa Tesli jest większa niż wszystkich największych amerykańskich koncernów samochodowych łącznie. 

W polskim ekosystemie startupowym nie ma zbyt wielu osób, które potrafią zainwestować naprawdę duże pieniądze w rozwój swojego startupu. A co dopiero w tej – jednak nadal niewielkiej – niszy, zajmowanej przez startupy pozytywnego wpływu. Nie wspominam już o inwestorach instytucjonalnych działających na polskim rynku, dla których startupy impaktowe to wciąż zbyt wielkie ryzyko. Potrzebujemy przekierowania strumienia finansowania. W Polsce, po dużym exicie, który umożliwił znaczącą inwestycję w kolejny startup, tym razem startup pozytywnego wpływu, jest może kilkoro founderów. 

Ale weźmy projekty stricte dekarbonizacyjne. Ktoś musiałby znaleźć sposób na zarabianie na odsysaniu CO2 z atmosfery. Na razie to projekty filantropijne. 

Najwięcej kapitału na razie idzie w tym obszarze na hulajnogi elektryczne, rowery i samochody czyli electric mobility. Tu trafia 10 razy więcej kapitału niż do rozwiązań o dużo większym potencjale dekarbonizacyjnym. Na razie wiele technologii przez to, że działają tylko w małej skali nie jest weryfikowalna. Nie wiadomo, czy takie rozwiązania będą skuteczne w dużej skali. Potrzebne jest gwałtowne i radykalne zwielokrotnienie finansowania, aby umożliwić jak najszybszą weryfikację tych technologii. Jestem przekonany, że to właśnie zaczyna się dziać. Jeszcze kilka lat temu było tylko kilka impaktowych unicornów, czyli takich o wartości powyżej 1 mld dolarów. Teraz mamy ich już na świecie dwieście, głównie w USA. 

I na szczęście nie wszystkie zajmują się hulajnogami.

Tak, jest wśród nich sporo poważnych rozwiązań, ze znaczącym potencjałem wpływu. Dekarbonizacja to wielkie wyzwanie dla wielu branż, wielowymiarowe, ale na szczęście możliwe do przeprowadzenia nawet w tak krótkim czasie, jaki mamy.

W ubiegłym roku obserwowaliśmy jednak spadek inwestycji w startupy impaktowe?

Tak, warunki po pandemii nie sprzyjały, no i napięcia polityczne, konflikty zbrojne, zagrożenie recesją. Inwestycje przystopowaly, ale już ponownie ruszyły i prawdopodobnie mamy dołek za sobą. Wydaje mi się, że w kolejnych latach, kiedy CSRD zacznie obowiązywać największe firmy, będzie lepiej. Bo wszyscy będą poszukiwać innowacji dla zrównoważonego rozwoju – i banki, i fundusze inwestycyjne, i wielkie korporacje. Rynek oczekuje zrównoważonych produktów.

To są produkty, które można sprzedawać. A odsysanie CO2 to inwestycja, która zwróci się za kilkanaście lat a zyski z tego będzie czerpać cała ludzkość a nie tylko inwestor.

To naturalne, że prywatne fundusze inwestycyjne są zainteresowane nie tylko jak największym, ale i jak najszybszym zwrotem. W przypadku hulajnóg, zwrot jest stosunkowo szybki. Ale mimo wszystko wierzę w fundusze impaktowe. W wyniku regulacji SFDR na rynku finansowym, czyli Sustainable Financial Disclosure Regulation, fundusze będą musiały wykazać, jaką część środków przeznaczają na inwestycje w pełni zgodne z ESG. Pojawia się coraz więcej wskaźników, mamy prawie gotowe ESRS-y. W perspektywie 3 lat nastąpi istotne przekierowanie części środków w stronę zielonych, zrównoważonych inwestycji. Mówię o rynku europejskim, ale to prawdopodobnie będzie też dotyczyło globalnego rynku.

Temu będzie towarzyszył greenwashing.

Taka jest rzeczywistość. Oprócz świadomego greenwashingu, czyli celowego oszukiwania interesariuszy, mamy też dużo nieświadomego. Ludzie lubią nieco upiększać swoje wyniki, zawyżać te pozytywne, koloryzować. W ESRS-ach mamy jednak zasadę double materiality, podwójną  istotność. Fundusze będą musiały analizować nie tylko ryzyka inwestycyjne ale pokazywać też rzeczywisty impact środowiskowy i społeczny swoich inwestycji w perspektywie długoterminowej. Będzie im zależało na tym, żeby przynajmniej część środków poszło w obszary, które naprawdę przynoszą realną zmianę pozytywną. I to trzeba będzie pokazać na wskaźnikach, a nie tylko w ładnie brzmiących zdaniach.

“W przyszłym roku mamy wybory europejskie, więc zdaje się, że UE nie chce sobie strzelić w kolano.”

Wymagania wobec firm łagodnieją. Komisja Europejska zmniejsza liczbę wymaganych ujawnień w ESRS-ach o 40%, a liczbę pojedynczych danych o około 50% w stosunku do tego, co proponował EFRAG. Przedsiębiorstwa będą mogły pomijać wskaźniki dotyczące swoich łańcuchów wartości przez okres 3 lat. Dzięki łagodniejszym regulacjom zmniejszą się koszty raportowania i mniejsze firmy będą miały szansę wywiązać się z zobowiązań w obszarze ESG. Ale czy to nie krok w tył w naszych zobowiązaniach wobec świata? 

Komisja Europejska odpowiada na obawy istniejące na europejskim rynku. W Polsce mamy obecnie co najwyżej 100 porządnie raportujących firm i może 200, które coś już zaczynają robić w tym obszarze, czyli 300 firm jest przygotowanych na regulacje. A wkrótce obowiązek raportowania obejmie ponad 3 tys. organizacji. Będą musiały to robić, lecz w zasadzie nie mają o tym pojęcia, nie widzą sensu, więc protestują, nagłaśniają swoje obawy. Tak się dzieje we wszystkich krajach europejskich. W przyszłym roku mamy wybory europejskie, więc zdaje się, że UE nie chce sobie strzelić w kolano. 

Nie spodziewam się, że bez regulacji nastąpi szybka zmiana, więc każde osłabienie regulacji ten proces trochę spowolni. Ale jak mówi mój przyjaciel Jacek Santorski: pamiętaj, zaczynaj tam gdzie jest twój klient a potem dopiero idźcie dalej wspólnie. Jeśli by UE nałożyła obowiązek raportowania z uwzględnieniem od razu ponad tysiąca data points w organizacji, które proponowane były przez EFRAG w pierwszych propozycjach ESRS, to mało kto by sobie z tym poradził. W Polsce pewnie najwyżej te 300 firm zrobiłoby to w miarę porządnie, a 3 tys. publikowało by fikcyjne rezultaty,  co obniżyłoby ogólny poziom raportowania i przydatność dla analityków finansowych. Szybko by uznano w środowiskach biznesowych, że raportowanie ESG to tylko męczący obowiązek, bez wpływu na realny biznes.

I nie ma na razie narzędzi, które pomagałyby im to liczyć.

Jeżeli przyjmiemy, że “klientem” regulacji wprowadzanych przez KU są firmy, to chyba lepiej iść trochę wolniej, ale skuteczniej. Żeby nikt nie został z tyłu. Trochę się wycofali, ale szklanka pozostaje jednak do polowy pełna. Nawet z tymi ograniczeniami za pięć lat firmy zaczną pokazywać też te dodatkowe wskaźniki i ich wpływ na zmiany strategii biznesowych. Bo to będzie dodatkowe pole do budowania konkurencyjności. Rozmawiam o tym z audytorami. Wybór istotnych obszarów raportowania i ujawnianych wskaźników zależy od analizy ryzyka przeprowadzonej w firmie. Jeśli ten wybór będzie niezasadny, bo nie będą uwzględnione istotne przesłanki i analiza ryzyk oraz wpływu nie będzie wykonana poprawnie, to audytor nie uzna tego wyboru. Ale podsumowując, wcześniej czy później problem rozwiążą regulacje i zachęty rynkowe. Presja rynku wynika m.in. z tego, że duże firmy będą wymagać ujawniania wskaźników ESG od swoich partnerów biznesowych, że świadomi klienci będą zwracać uwagę na takie informacje, że produkty finansowe ESG, np. kredyty linkowane z ESG będą tańsze. 

Czy to już funkcjonuje?

Jest już kilka umów na kredyty linkowane z ESG w Polsce, na setki milionów  ale to jeszcze niewiele. Tańszy dostęp do finansowania stanowi dużą zachętę i mam nadzieję, że będzie to coraz ważniejszy mechanizm rynkowy.

Pan w swoim Rankingu Odpowiedzialnych Firm nie łagodzi wskaźników, tylko co roku przykręca Pan tę śrubę mocniej. Podczas ogłaszania tegorocznych wyników chyba wszyscy odbierający nagrody mówili, że ankieta w tym roku była naprawdę ciężka. 

Tak, w tym roku znów przerobiłem ankietę, aby lepiej odpowiadała ESRS-om. W związku z tym więcej firm niż zwykle pobrało ankietę i ….już nie wróciło. Właściwie większość firm po pobraniu ankiety zrezygnowała. Było to bardzo trudne nawet dla banków, a to w tym sektorze zazwyczaj są najlepsze wyniki. Jedyną firmą, która wszystkie odpowiedzi miała na 100% był BNP Paribas i to oni zwyciężyli. Ale przynajmniej pięćdziesiąt kolejnych firm pokazało swój wysoki poziom w poszczególnych obszarach.  

A czym różni się pana ankieta od ESRS-ów?

W mojej ankiecie, nad którą pracuję zwykle wspólnie z Deloitte i grupą menedżerów ESG, jest od razu wskazanie, czy osiągnięty wynik w przypadku wskaźników ilościowych jest ok. Jeśli jest, firma dostaje punkt. W ESRS-ach nie ma żadnych widełek oceny. Jest tylko informacja, co trzeba raportować. A uważam, że powinno coś takiego istnieć, tzn. nie wystarczy, że firma np. raportuje swoją emisyjność, ważny jest poziom tej emisyjności, a przynajmniej tempo zmniejszania. Z kolei wskaźniki jakościowe to wybór najważniejszych elementów z ESRS – można powiedzieć, że to taki dobry wstęp do ustandaryzowanego raportowania ESG.

Jak wypadły firmy w porównaniu z ubiegłym rokiem?

Mamy progres, choć niewielki. Widać, że są firmy, które już poważnie nad tym pracują. Ale oczywiście mówimy o czołówce firm. Jeśli ta czołówka będzie wykorzystywała wiedzę o ESG w swoich publikacjach, wystąpieniach, będzie upowszechniała te informacje, pokazywała zalety raportowania, to inne firmy szybciej i lepiej zrozumieją zasady. Po to też prowadzę studia podyplomowe, które pani skończyła. Zacznie się wyścig, kto jest lepszy w ESG. A wiadomo, że konkurencja to jednak dobry sposób na rozwój rynku. 

W sprawach klimatu zaczynam myśleć, że cel uświęca środki, choć oczywiście ma to swoje granice. Przygnębia mnie jednak to, że zielone aktywa BNP Paribas stanowią zaledwie 7% ich całego portfela. A mówimy o liderze ESG. 

Niestety, początki są trudne. W każdym dużym podmiocie, niezależnie od branży, gotowi na zmianę muszą też być klienci i cała kadra kierownicza. Menedżerowie nie lubią tak radykalnych zmian, które podważają w zasadzie niemal wszystko, czego dotąd uczyli się w praktyce o biznesie. Klientów też trudno przekonać, tym bardziej, że większość z nich chce mieć po prostu jak najniższą cenę kupowanych produktów i usług. Słyszę od najlepszych firm, że bardzo chcą zmian, ale obawiają się, że zrównoważone, czy choćby “zielone” produkty niekoniecznie są oczekiwane przez większość ich klientów. To też może dotyczyć gotowości firmy do współpracy tylko z takimi klientami korporacyjnymi w łańcuchu wartości, którzy podzielają te same wartości.

Trudno oczekiwać od biznesu, że sam zrezygnuje z “niewygodnych” klientów. Ale niektórzy podobno tak robią.

Tak, to się zdarza. Jeden z właścicieli startupu działającego w obszarze szkoleń opowiadał mi o sytuacji, kiedy w jego firmie zapadła decyzja o tym, aby zrezygnować z obsługi koncernu tytoniowego, kiedy zlecenia naprawdę były im potrzebne. Cały zespół dyskutował o tym, czy wartości są ważne na tyle, że nie powinni współpracować z firmami, które ewidentnie mają negatywny wpływ na życie milionów ludzi. Jednak jest to bardzo trudne, bo musimy zarabiać żeby przetrwać. I nie dotyczy to tylko małych firm, ale i dużych. Weźmy za przykład historię Emmanuela Fabera, obecnego szefa ISSB. Po siedmiu latach usunięto go z funkcji globalnego prezesa zarządu spółki Danone. W mediach światowych pojawiły się opinie, że to było zwolnienie za wprowadzanie zbyt radykalnych zmian w kierunku ESG. Zdaniem Rady Nadzorczej jego propozycje mogłyby przyczynić się do wymiernych strat finansowych. Rozumiem te obawy. Chciałbym, aby wszystkie największe firmy przechodziły transformację ESG znacznie szybciej, ale to jest skomplikowane zadanie, zależne od tysiąca różnych czynników wewnętrznych i zewnętrznych. 

A to nie jest tak, że firmy chcą w ostatniej chwili jeszcze zarobić ile się da, a potem zmienią się diametralnie? To Pana słowa.

Tak, bo raportowanie jest jeszcze dobrowolne. Regulacje są przygotowane ale wchodzą w życie za rok i to tylko częściowo. To oznacza, że w wielu firmach ESG pojawi się jako istotny element pewnie dopiero za 3 lata. Być może niektórzy sobie myślą, że warto wykorzystać ten czas, bo później trzeba będzie się ograniczać. Ludzie w biznesie zajmują się przede wszystkim tym, co już obecnie jest konieczne. I robią to co mieści się w granicach prawa. Na razie ESG to nie jest dla nich priorytet. Przykładowo można powiedzieć, że w Coca-Coli prawdopodobnie wszystkie zasoby kierowane są teraz na wprowadzany system kaucyjny, który odwraca do góry nogami cały ich biznes. Chociaż akurat oni już ESG mają opanowane. 

“W Europie mamy taksonomię środowiskową, ale nie mamy społecznej.”

Krytyka ESG zaczęła się w USA. 

Tak, ciekawa dyskusja wokół ESG toczy się prawie od roku w Stanach. Bardzo polityczna, więc pełna wzajemnych oskarżeń, polaryzująca. Ale amerykańska perspektywa jest całkiem inna niż europejska. 

Mam wrażenie, że tam dzieją się jednocześnie rzeczy najlepsze i najgorsze. Taka kraina absurdu.

Tam nie ma np. czegoś takiego jak kodeks pracy. Czy możemy sobie wyobrazić gospodarkę europejską bez spisanych i prawnie uregulowanych praw pracowniczych? Nie za bardzo. 

Ale CSR zrodził się właśnie tam.

No właśnie dlatego. Niektóre firmy zaczęły pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku dostrzegać taką potrzebę, aby jednak bardziej zadbać o ludzi, skoro nie było w tym zakresie zbyt wielu regulacji. I CSR, które tam powstało, to w tłumaczeniu dosłownym przecież właśnie “socjalna odpowiedzialność biznesu”. W USA wszystko zależy od pracodawcy. W jednej firmie są fundusz emerytalny, ubezpieczenie, opieka medyczna etc. a w innej nie ma nic. Kiedy ruch społecznej odpowiedzialności dotarł do Europy, to pojawiły się dyskusje, czego może ta odpowiedzialność dotyczyć, skoro ma wykraczać poza regulacje prawne, a tu przecież niemal wszystko jest uregulowane. Może właśnie dlatego CSR w Europie jest przede wszystkim środowiskowe, klimatyczne i ma zdecydowany wymiar moralny, a w znacznie mniejszym stopniu socjalny.

I mamy tylko taksonomię środowiskową.

Dokładnie. Mamy taksonomię środowiskową, ale nie mamy społecznej i jest już niemal pewne, że jej nie będzie. Literka S została poniekąd osierocona. Chociaż wkładamy wiele takich “społecznych” tematów jak diversity czy odpowiedzialność wobec pracowników w łańcuchu dostaw pod parasol literki G.  

Mam wrażenie, że wszystko co jest S (social) i E (environmental) ubrane w jakąś politykę mogłyby być spokojnie w G (governance). Ale przygoda z ESG dopiero się zaczyna więc właściwie to nie ma znaczenia. Ważne, aby szły za tym prawdziwe zmiany w core biznesie. 

Jeżeli jesteśmy przy zmianie modelu gospodarczego, to polecam Pani pełne pasji wystąpienia na na konferencji Beyond Growth, m.in. takich osób jak Kate Raworth, autorki teorii obwarzanka. Ale także wielu innych, wspaniałych mówców, którzy świetnie pokazują nam przyszłość w gospodarce i społeczeństwie. Ostatnia edycja konferencji odbyła się w maju tego roku, w Parlamencie Europejskim w Brukseli, wszystkie wystąpienia są dostępne online. Trzy lata temu zainteresowanie tematem było znacznie niższe. W tej edycji uczestniczyły tysiące ludzi, naukowców, przedstawicieli biznesu, aktywistów zmiany. Musimy uważniej spojrzeć na takie idee, jak post-wzrost, zrównoważony rozwój, pozytywny wpływ, czy poszanowanie granic planetarnych przez biznes. 

To na koniec proszę Pana o kilka słów bezpośrednio do naszych czytelników. Taki apel. Zawsze o to proszę moich rozmówców 🙂

Lista potrzeb, z którą bym wystąpił w imieniu tego świata, który wspieram od dawna jest długa. Potrzebujemy pełnej dekarbonizacji gospodarki. Potrzebujemy całkowitej transformacji sektora energetycznego w kierunku energetyki odnawialnej. Potrzebujemy regeneratywnego rolnictwa i zdrowej żywności. Potrzebujemy maksymalnego zamknięcia obiegu surowców aby zredukować dług ekologiczny i wyeliminować odpady. Potrzebujemy świadomego ograniczenia nadmiernej konsumpcji. Potrzebujemy nowego, zrównoważonego ładu korporacyjnego. Potrzebujemy modeli biznesowych z wbudowanymi „bezpiecznikami” np. z koncepcji ekonomii obwarzanka lub postwzrostu. Potrzebujemy jednoznacznych kryteriów inwestycyjnych, które w pełni przekierują strumień finansów w stronę projektów mitygacyjnych i adaptacyjnych. Potrzebujemy sprawiedliwości klimatycznej. Nie zrealizujemy tego bez Ciebie. Dlatego apeluję: Nie bądź bierny, włącz się!

Bardzo dziękuję. 

< wstecz